Konferencje

Historyczna debata podczas Targów Peryskop

Czy absolwenci szkół wyższych są dobrze przygotowani do podjęcia pracy? Czego i jak uczy się dziś na studiach i kto o tym decyduje? Skąd uczelnie mają wiedzieć kogo aktualnie potrzebują pracodawcy – o tym m. in. dyskutowali pracodawcy, studenci oraz naukowcy podczas debaty zorganizowanej podczas Targów Peryskop. Przedstawiamy wypowiedzi uczestników debaty. 

prof. dr hab. Aneta Zelek – Rektor Zachodniopomorskiej Szkoły Biznesu w Szczecinie

Wyniki badań pokazują, że 46 proc. młodych ludzi z naszego regionu deklaruje chęć emigracji po zakończeniu nauki w szkole średniej i wyższej. Niekoniecznie chcą oni emigrować z Polski, czasami chodzi tu o emigrację pomiędzy dużymi ośrodkami miejskimi. Szczecinianie darzą szczególną adoracją Poznań, Warszawę, Wrocław i tam szukają dla siebie wyzwań zawodowych. Ta emigracja zaczyna się znacznie wcześniej. Szczecińscy maturzyści już jako szkołę pierwszego wyboru wybierają również duże ośrodki akademickie – Warszawę, Kraków, Wrocław, nawet Gdańsk dołącza do tego panteonu dobrych uczelni. Co z tego wynika? Wynika z tego tylko jedno – musimy się zgodzić (ale nie pogodzić) z tym faktem, że Szczecin nie jest wielkim ośrodkiem akademickim. Miasto ma oczywiście swoje znaczenie czysto regionalne, ale z pewnością nie można powiedzieć, że nasze szczecińskie uczelnie tworzą wielkie środowisko akademickie. Nic dziwnego że młodzi ludzie wykazują aktywność migracyjną. Chodzi nie tylko o migrację edukacyjną, ale też zarobkową. Poszukujemy wyzwań na zewnątrz twierdząc, że region jest trochę opóźniony rozwojowo jeśli chodzi o koniunkturę, tempo rozwoju, powstające firmy i miejsca pracy. Choć to się zmienia. Pojawiają się też wątki optymistyczne – ośrodki, które będą dźwigarami i będą ciągnąć biznes, czyniąc odpowiednią przestrzeń na rynku pracy.

To sformułowanie, że nie jesteśmy gigantycznym ośrodkiem akademickim nie jest powodem do kompleksów, że kształcimy źle, że kształcimy inaczej. Będę bronić szkolnictwa wyższego w naszym regionie. W powszechnym postrzeganiu jest nam natomiast trudno podjąć walkę z takimi tradycyjnymi, wielkimi i rozwijającymi ośrodkami akademickimi jak Kraków czy Warszawa albo dynamicznie rozwijającym się Wrocławiem.

Skąd uczelnie wiedzą jak kształcić?

prof. dr hab. Aneta Zelek – Rektor Zachodniopomorskiej Szkoły Biznesu w Szczecinie

Współpraca w tym zakresie jest. Modyfikowane są także kierunki studiów. Muszę jednak powiedzieć, że trzeba umieć budować tę wielką triadę student – uczelnia – pracodawcy. Nie zawsze mamy tu porozumienie. Posłużę się tu przykładem. I cóż z tego, że rynek pracy wzywa, by kształcić kadry do opieki osób starszych, kadry medyczne, paramedyczne, opieka senioralna, fizjoterapia itd. I cóż z tego, że w Polsce brakuje pielęgniarek? Uczelnia przygotowuje program kształcenia w pożądanych zawodach, a i okazuje się że nie ma chętnych, nie ma kandydatów w tych trudnych dziedzinach, mimo, że takie jest zapotrzebowanie rynku. To my sprawdzamy i pytamy pracodawców, kto jest potrzebny i kto będzie potrzebny na rynku.

Jeszcze jeden problem. Pracodawcy mówią „nawiążmy współpracę, bo potrzebuję na przyszły tydzień dużą ilość wykwalifikowanych kadr”. Okres, w którym uczelnia podejmie decyzję, że będzie kształcić kosmonautów, do dnia uzyskania uprawnień w tym przeregulowanym systemie, w którym ministerstwo nęka nas i męczy, to przynajmniej rok, a najczęściej dwa lata. Tymczasem pracodawca chciałby mieć pracownika za tydzień lub za miesiąc.

dr Arkadiusz Malkowski – Prodziekan ds. studenckich, Zachodniopomorski Uniwersytet Technologiczny

Jeśli chodzi o regulacje, rzeczywiście ten proces jest jeszcze dłuższy i ta odpowiedź na potrzeby pracodawców w zakresie nowego kierunku studiów musi trwać długo. W ciągu roku możemy stworzyć co najwyżej nową specjalność, jeden lub kilka dodatkowych, specjalistycznych przedmiotów. W ten sposób możemy wybrnąć z tego marazmu, wynikającego nie z naszej złej woli, ale z tego, że pewnych rzeczy nie możemy zrobić, ponieważ takie mamy przepisy. W przypadku uczelni prywatnych i tak nie jest źle, w przypadku innych kategorii uczelni – ten proces jeszcze się wydłuża.

Odpowiadając na pytanie skąd wiemy kogo kształcić. Oprócz tego, że jestem kierownikiem Katedry Stosunków Międzynarodowych, jestem też od trzech lat prodziekanem do spraw studenckich. Wydaje mi się, że ten kontakt ze studentami mam ogromny. Dostrzegam, że oni wiedzą w wielu przypadkach, co chcieliby studiować. Są oczywiście tacy, którzy tego nie wiedzą i to będąc na piątym roku studiów. Większość z nich jednak wie czego chce. Wiemy też czego chcą przedsiębiorcy. A wiemy to z licznych rozmów i spotkań. Nasi wykładowcy to także czynni przedsiębiorcy. Oni prowadzą swoje własne firmy i doskonale wiedzą jak funkcjonuje rynek, oprócz tego że są czynnymi naukowcami. Styk gospodarki z nauką z biznesem jest w przypadku kierunków ekonomicznych po prostu nieodzowny.

Odnosząc się do tego, że Szczecin jest małym ośrodkiem akademickim. Jestem częstym gościem na Uniwersytecie Szczecińskim, organizujemy wiele imprez, których współuczestniczymy. Staramy się tworzyć wspólnie ten wielki akademicki Szczecin. Pewnie można zrobić więcej. Właśnie wróciłem z targów edukacyjnych na Białorusi gdzie próbowaliśmy szukać studentów. Były tam reprezentowane wszystkie polskie uczelnie, począwszy od Uniwersytetu Jagiellońskiego, przez wszystkie uczelnie warszawskie, krakowskie, katowickie itd. Proszę mi wierzyć, że kiedy prezentowałem ofertę Szczecina, nikt nie wiedział gdzie leży Szczecin. To jest na pewno jeden z wielkich problemów naszego miasta. My sami tego nie zmienimy, na pewno uczelnie czy pan Rektor sam tego nie zrobi. Możemy zrobić bardzo wiele, natomiast zbudowanie przekonania, że w Szczecinie można studiować dobrze, to praca nie na rok, ale na wiele lat. Ekonomię czy zarządzanie w Szczecinie kształcimy na poziomie nie gorszym niż w Warszawie, Krakowie czy gdziekolwiek indziej. Zaryzykowałbym twierdzenie, że nawet lepiej, bo te wielkie ośrodki miejskie dają więcej możliwości naukowcom niż praca na uczelni. Pod tym względem wydaje mi się, że jest dobrze.

To dzisiejsze podpisanie umów o współpracy z Izbą (ZUT, US i Północną Izbą Gospodarczą – przyp. red.), to, że powołujemy kapitułę biznesu, zapraszamy do współpracy wiele środowisk przedsiębiorców, to że nasz wydział współpracuje z Naczelną Organizacją Techniczną w Szczecinie, skąd się wszyscy znamy, to pokazuje, że nasi naukowcy starają się mieć kontakt z gospodarką i szukać nowych rozwiązań.

Kamil Pilarski – Tieto Poland Sp. z o.o.

Potrzebujemy pracowników „na już”, „na teraz”, bo taka jest specyfika biznesu. Nie możemy czekać dwa lata. Jest „okienko” i jeśli w ciągu dwóch tygodni nie jesteśmy w stanie dać odpowiedzi, że jesteśmy gotowi wystartować z nowym projektem z nowymi ludźmi, ten pomysł pójdzie do innego miasta lub do innego kraju. Biznes to jest „tu i teraz”. Zachęcam jednak do odwiedzania stoisk na targach takie jak te dziś, ale nie za zasadzie, że przechodzicie i ktoś was zatrzymuje. Zachęcam byście podchodzili do pracodawców i wypytywali. Musicie zdać sobie sprawę, co chcecie robić. Cytując klasyka – zacznij to robić w przyszłości. My jako biznes możemy mówić o oczekiwaniach, uczelnia może kształcić, ale na samym końcu jesteście wy i to wy podejmujecie decyzje. Dobrze, aby ta decyzja była świadoma. By nie było to na zasadzie „a bo kolega poszedł, a ja na piątym roku nie wiem, co chcę dalej robić”. To o czym mówię, ten sposób myślenia, to nie jest specyfika Szczecina. Jest to coś, co obserwujemy na całym świecie. Jako pracodawca mogę powiedzieć, że student albo absolwent, który przychodzi do pracy, nie jest osobą, która od razu będzie zarabiać pieniądze dla firmy. Ktoś taki musi odbyć szereg szkoleń, zanim zostanie wdrożony i zanim będzie aktywnym członkiem zespołu.

 

Czy często zdarza się trafić na wykwalifikowanego pracownika?

Kamil Pilarski – Tieto Poland Sp. z o.o.

Absolwent uczelni czy student od razu po studiach nie jest specjalistą. Ale jeśli znajdziemy na 2-3 roku człowieka z pasją, który będzie chciał się rozwijać, to to jest klucz do sukcesu. O takich ludzi nam chodzi o ludzi, którzy świadomie wybierają kierunek studiów i pracę. Człowiek po studiach albo ktoś, kto aplikuje o pracę, nie umie wszystkiego. Specyfika biznesu jest taka, że każda firma jest inna, nie da się wszystkiego wrzucić do jednego worka. Istotne są miękkie kompetencje – praca w grupie, komunikacja, do tego twarde umiejętności – to daje szansę sukcesu.

Maciej Borowy – Klaster Przemysłów Kreatywnych przy Północnej Izbie Gospodarczej

Nie jestem pewien, czy uczelnie są w ogóle w stanie dogonić potrzeby biznesu, zwłaszcza z tą 2-3 letnią inercją w reakcji na bieżące potrzeby biznesu. Działamy tu i teraz. Musimy zamknąć miesiąc, zarobić pieniądze, zapłacić podatki i wypłacić pensje. Pojawia się natomiast pytanie, czy mamy czas i chęci inwestować w pracownika. Absolwent jest dla nas bardziej inwestycją niż kupnem gotowego rozwiązania na rynku pracy. Zatrudniamy młodego człowieka, którego trzeba doszlifować, wyrzeźbić z niego specjalistę. Teraz pytanie kto będzie tym – przepraszam za słowo – „frajerem”, który wykształci absolwenta po to, by konkurencja za 2-3 lata go podkupiła. Ktoś musi wziąć to pierwsze uderzenie na tzw. „klatę”, ktoś musi zmierzyć się z tym problemem i zrobić z absolwenta specjalistę. Pytanie kto będzie tym pierwszym odważnym i kto będzie ostatecznym beneficjentem. Tym odważnym będzie pewnie ten, kto jest najbardziej zdesperowany. Firmy branży kreatywnej to najczęściej małe, i najczęściej lokalne firmy. Można powiedzieć, że my dziś zaczynamy konkurować o pracowników – małe firmy z dużymi korporacjami. Jeśli założymy, że ci mali to firmy szczecińskie, a ci duzi to napływowi inwestorzy, to my powoli tę konkurencję jako szczecińscy przedsiębiorcy zaczynamy przegrywać.

prof. dr hab. Aneta Zelek – Rektor Zachodniopomorskiej Szkoły Biznesu w Szczecinie

Mam wrażenie, że w tej dyskusji doszliśmy do ściany i ustaliliśmy jedno – uczelnie nie są w stanie wykształcić kadry potrzebne sferom biznesu. Chcę powiedzieć, że to nieprawda. Świat już wymyślił instrumenty na zaradzenie temu problemowi. To nie jest nasza polska „specjalność”. Mam na myśli model kształcenia przez całe życie. Nie jest ważne jakie jest twoje formalne wykształcenie, ważne jest jakie wyzwanie zawodowe podejmujesz w przyszłości i czy potrafisz uzupełnić swoje ewentualne kwalifikacje i wykształcenie. Dziś chyba ważniejsze jest to kształcenie poza systemem formalnym, kursy, studium, studia podyplomowe, szkolenia. Ma znaczenie to, czy młodzi ludzie są gotowi zrobić to robi przeciętny Amerykanin – 7 razy w życiu zmienia swoją profesję czy stanowisko, nie wspominając o tym, że jest niesłychanie mobilny i zmienia miejsce zamieszkania. To on podąża za pracą, a nie czeka że praca przyjdzie do Nowego Jorku. Czy jesteśmy na to gotowi? Polska ścieżka budowania kariery zawodowej przypomina model japoński – chcielibyśmy spędzić swoje życie na jednym stołku, a tak się nie uda. Kształćmy się przez całe życie i zmieniajmy przez całe życie swoją profesję, wraz z tym czego potrzebują od nas nasi pracodawcy.

Aleksander Buwelski – Dyrektor Wydziału Obsługi Inwestorów i Biznesu UM Szczecin

Mówi się teraz o czymś co nazywa się „work balance”(„Work-Life Balance” – równowaga pomiędzy życiem prywatnym a zawodowym, WLB – przyp. red.). Problem polega na tym, że dzisiejsze młode pokolenie rozumie pojęcie „work balance” jako „balance” bez „work”. Moje pokolenie rozumowało inaczej. Choćby – jak w moim przypadku. Jechało się co rano do pracy szarym pociągiem, kilkadziesiąt kilometrów, za 610 zł brutto miesięcznie. I to było – rozpatrując z punktu widzenia dzisiejszego młodego człowieka – złe. Podejście obecnego młodego pokolenia – „work balance” bardzo mi się podoba, bo poza pracownikiem i pracodawcą jest jeszcze normalne życie. Problem polega jednak na tym, że aby mieć „balance” trzeba mieć też „work”. Jeśli nie widzę zainteresowania pracą za 4,5 brutto tu w kraju, to nie ma sensu wyjeżdżać, bo nigdzie indziej nie będzie lepiej. Wszędzie trzeba pracować na te swoje grosze.

Czy jesteśmy w stanie jako miasto i region skusić inwestorów argumentem „mamy wykwalifikowaną kadrę absolwentów szkół? Przecież z tym hasłem ich poszukujemy.

Aleksander Buwelski – Dyrektor Wydziału Obsługi Inwestorów i Biznesu UM Szczecin

Ściągając do nas inwestorów chcemy mieć ich na trwałe. Poprzez to, że są zadowoleni z rynku także tego pracowniczego, chcemy, by przyciągali następnych. W związku z tym nie możemy ich okłamywać. Oni mają bowiem dokładne dane i doskonale wiedzą, co w Szczecinie jest możliwe, a co możliwe nie jest. Jeśli więc pytają państwo czy możliwe jest przyciągnięcie nowoczesnej firmy, która zatrudni 300 wykwalifikowanych osób, to ja odpowiadam – tak, jest to możliwe. Kilka dni temu zostało to zaanonsowane w mediach, to nam się udało i będzie w Szczecinie 300 miejsc pracy dobrze płatnej w fajnej firmie (Wincor Nixdorf – przyp. red.). Natomiast, jeśli jutro przychodzi do nas IBM z infralokacją, że chce otworzyć swoje centrum za pół roku i chce zatrudnić tysiąc osób, to ja odpowiadam, że jest to niemożliwe. Nie możemy ich okłamywać. Zresztą – oni wiedzą i nie przyjdą. Te firmy przyjeżdżają z doradcami, którzy doskonale znają rynek. Oznacza to, że jesteśmy tu w stanie zbudować siedzibę firmy IBM na tysiąc miejsc pracy, ale nie w ciągu roku ale w ciągu 3-4 lat.

 

Czy samorząd Szczecina i samorząd regionu sugeruje uczelniom kierunki kształcenia, mając w perspektywie możliwość ściągnięcia do nas takich pracodawców jak wspomniany IBM?

Aleksander Buwelski – Dyrektor Wydziału Obsługi Inwestorów i Biznesu UM Szczecin

To spotkanie jak to dzisiejsze jest jednym z elementów tej pracy, którą wykonujemy. Ale to nie jest tak, że tylko my posiadamy tę tajemną wiedzę i ją przekazujemy. Uczelnie robią to samo i też doskonale sobie zdają z tego sprawę. Dostrzegam tu jednak pewien błąd w komunikacji z pokoleniem rodziców dzisiejszych studentów. Oni nie wiedzą czego trzeba się uczyć i czego należy oczekiwać od rynku. Zgadam się z tym co mówiła pani prof. Zelek, to jest genialne stwierdzenie – trzeba się uczyć przez całe życie i zmieniać miejsce pracy. Mogę to przedstawić także na swoim przykładzie – studiowałem w Szczecinie, Poznaniu i Warszawie, pracowałem w Warszawie Koszalinie, Gdańsku w różnych zawodach i w różnych firmach. To jest naturalne, trzeba się dokształcać całe życie i uczyć się. Krótko mówiąc, jeśli chcecie mieć to swoje „work balance”, musicie tą część „work” od siebie dać, i będzie „balance”. Nowoczesne firmy doskonale też zdają sobie sprawę, że muszą się dostosować do waszych wymagań. To nie oznacza jednak, że wy nie możecie nic od siebie dać tylko dlatego, że firmy was potrzebują. Firmy muszą na was zarobić, ale to nie oznacza, że będzie to straszne „tyranie” w kamieniołomach. Będzie to fajna praca w fajnym środowisku i warunkach, z fajnym doświadczeniem z ciekawymi ludźmi i atrakcyjnymi wyjazdami. Ale będzie to jednak praca.

dr Arkadiusz Malkowski – Prodziekan ds. studenckich, Zachodniopomorski Uniwersytet Technologiczny

Odkąd jestem dziekanem na naszym wydziale, obserwuję losy swoich absolwentów. Nie dostrzegam tego, że studenci ekonomii i zarządzania oraz turystyki i rekreacji, mają duży problem z pracą. Wręcz przeciwnie. Bardzo szybko odnajdują się na rynku pracy i pracują. Fakt! Nie pracują w województwie zachodniopomorskim, ale bardzo często w wyuczonym zawodzie, przy czym pojęcie” wyuczony zawód” w odniesieniu do ekonomii jest bardzo szerokie. Dlaczego nie pracują w Szczecinie? Bo Szczecin nie stwarza im warunków, żeby tu pracować. Ostatnio jeden z naszych profesorów jadąc pociągiem z Bydgoszczy do Szczecina, odbył bardzo pouczającą dyskusję z jednym z absolwentów informatyki, który pracował w jednej z upadłych niedawno korporacji informatycznych w Szczecinie. Ten człowiek pracował przez dłuższy czas, dorobił się stanowiska specjalisty z pensją 1800 zł brutto. Teraz jest konduktorem, jeździ pociągami i bardzo chwali sobie nową pracę. Ma ustalone terminy pracy, wszystko jest poukładane, nie musi pracować nocami, no chyba, że czasami, ale dostaje za swą pracę dwa razy więcej pieniędzy. Nie do końca jest więc tak, że my – uczelnie nie odpowiadamy na potrzeby rynku. Nasi studenci bardzo dobrze odnajdują się na rynku. Pytanie – czy rynek daje im szansę? Zgadzam się z tym, że młodzi ludzie chcą pracować za duże pieniądze. Jak słyszę jednak o propozycjach pracy za prawie 5 tysięcy zł brutto, to zaczynam się martwić o swoich pracowników, którzy zarabiają 3 tys. zł. To ci ludzie, którzy mają kształcić studentów, to ci ludzie, którzy mają być silnie związani z rynkiem i od których tyle się oczekuje. Kolejny element na który chcę zwrócić uwagę to fakt, że będąc dziekanem, nie odczuwam takiego parcia ze strony miasta, żeby się spotkać i posłuchać, żeby ktoś w czymś pomógł.

prof. dr hab. Aneta Zelek – Rektor Zachodniopomorskiej Szkoły Biznesu w Szczecinie

Od wielu lat szczecińskie uczelnie łaszą się pana Prezydenta i do miasta o to, żeby poczynić jakieś wspólne działania na rzecz poprawy PR-u akademickiego Szczecina. Hasło „akademicki Szczecin” brzmi pięknie, ale od wielu lat apelujemy o to – podejmijmy wspólne działania i miasto musi dołożyć swoje pięć groszy, do budowy renomy czy reputacji Szczecina akademickiego. Same uczelnie mogą poprawić swoje miejsca w rankingach, ale to miasto musi popracować nad tym, by Szczecin stał się ośrodkiem do którego ktoś chce przyjechać na studia, a nie tylko miastem, z którego szczecinianie chcą wyjechać na studia.

Kto ma zrobić ten pierwszy krok?

prof. dr hab. Aneta Zelek – Rektor Zachodniopomorskiej Szkoły Biznesu w Szczecinie

To nie jest tak, że my tylko siedzimy w swoich fotelach i czekamy, że Prezydent do nas zapuka. Podejmowaliśmy takie próby i to co nazywam „łaszeniem się” – to właśnie to. Miałam nawet okazję swego czasu osobiście występować na sesji Rady Miasta sugerując, że Szczecin ma potencjał akademicki tylko, że on jest jakoś głęboko skrywany i ma kiepski PR. Kogo może interesować renoma Szczecina jako miasta z dobrymi uczelniami? Wszystkich kandydatów na studia z zewnątrz. Pytanie – dlaczego mieszkaniec Stargardu udaje się na studia do Poznania czy Wrocławia, jeśli logistycznie jest to łatwiejsze w Szczecinie? Co pocieszające, wg badań prof. Czapińskiego, coraz większa liczba mieszkańców jest zadowolonych z miasta, gdzie mieszkają. Bezwzględnie wygrywa Trójmiasto, gdzie niemal 100 proc. mieszkańców jest zadowolonych ze swego miasta. Szczecin natomiast ma 3/4 zadowolonych i bardzo zadowolonych mieszkańców. Śląskie miasta mają ok 30 proc. zadowolonych mieszkańców. Nie chciałabym abyśmy tak na ten nasz Szczecin narzekali.

Aleksander Buwelski – Dyrektor Wydziału Obsługi Inwestorów i Biznesu UM Szczecin

Budowanie marki to bardzo trudny temat, to jest wyzwanie na lata i składa się z bardzo wielu elementów. Efektu nie będzie szybko. Ze strony magistratu mogę zapewnić, że jesteśmy otwarci na uczenie. Reprezentujemy instytucje które nie są zbyt mocno elastyczne i mocno kreatywne. Trzeba nad tym mocno popracować. Dostrzegam jednak, że coś się zmienia w obrazie Szczecina. Zły obraz miasta bierze się stąd, że ludzie źle o nim mówią, że nic się nie dzieje, nie ma tego czy tamtego. To jest takie nasze „narzekactwo”. Spotykam się z inwestorami, którzy przyjeżdżają z Gdańska ze swymi doradcami i oni mówią: „hej! Czytamy prasę szczecińską, i wy ciągle źle mówicie o mieście. Nam się tu podoba, jest super”. To trochę jak na zasadzie „wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma”. Młodzi ludzie chcą stąd wyjeżdżać, bo „tam” będzie lepiej. A dlaczego będzie lepiej? Kto powiedział, że będzie lepiej? Z czego to wynika?

dr Arkadiusz Malkowski – Prodziekan ds. studenckich, Zachodniopomorski Uniwersytet Technologiczny

Nie odnoszę wrażenia, że uczelnie kształcą absolwentów nieatrakcyjnych na rynku pracy. Coraz częściej przychodzą do nas przedsiębiorcy i mówią: „dajcie nam pracowników, bo ich nie ma na rynku pracy”. Dlaczego ich nie ma? Nie dlatego, że ich źle kształcimy, ale dlatego że oni dają sobie świetnie radę. Albo otwierają własne firmy, i takich studentów mam przynajmniej kilkuset, albo wyjeżdżają, bo gdzieś płacą lepiej. Potrzebna jest nam większa współpraca z przedsiębiorstwami. Do tej pory rzeczywiście było tak, że uczelnie i firmy funkcjonowały na zasadzie „my sobie, oni sobie”. Teraz natomiast są projekty unijne, są pieniądze do wzięcia, uczelnie stają się bardzo atrakcyjne. Każdy chce z nami podpisać umowę o współpracy i zaczynamy funkcjonować wspólnie. Firmy coraz częściej pukają do nas, bo szukają pracowników i to takich jakich my kształcimy, niekoniecznie dopasowanych do ich miary. Oni sobie ich dokształcą. Tak więc nie jest tak, że uczelnie nie kształcą ludzi w kierunkach, których oczekuje rynek. Coraz częściej poznajemy te oczekiwania rynku. I wcale nie jest z tym tak źle. A co do tego „akademickiego Szczecina”. Niedawno byłem w Mińsku i co mnie bolało? Wrocław ma swoje własne stoisko, uczelnie z Wrocławia się promują. Uczelnie z Warszawy? Promują się. Ze Szczecina była tylko jedna uczelnia (ZUT – przyp. red.) i próbowaliśmy się promować w ramach wszystkich pozostałych uczelni w Polsce. Koszty nie są wielkie, jedno stoisko kosztowało ok. tysiąca euro. Wiele uniwersytetów miało dofinansowanie stoiska ze swoich miast, ponieważ pytałem się jak to wygląda.

Maciej Borowy – Klaster Przemysłów Kreatywnych przy Północnej Izbie Gospodarczej

Zastanówmy się, co robią dziś na uczelni przedsiębiorcy i biznes? Po co oni tu są? Biznes nie jest od tego by odwiedzać uczelnie i domagać się kadr. Biznes jest od tego „by zarabiać i płacić podatki”. Rolą biznesu nie jest rugać, nadzorować, interweniować, dobijać się w uczelniach o kadry pracowników. Jesteśmy tutaj, bo czujemy jednak pewien niedosyt. Zaczęliśmy dociekać w przyczynach takiego stanu, no i stwierdziliśmy, że coś nie gra w komunikacji pomiędzy tymi wielkimi udziałowcami rynku, czyli miastem, uczelniami ze swymi strukturami i – nie ukrywajmy – nonszalancją ze strony biznesu, który z wysoka zwykł patrzeć na uczelnie, nie bez powodu, bo przez wiele lat biznes nauczył się funkcjonować bez uczelni.

prof. dr hab. Piotr Niedzielski – Dziekan Wydziału Zarządzania i Ekonomiki Usług US

Zwrócę uwagę na pewne procesy, które zresztą ta dyskusja świetnie obrazuje, np. co do roli Szczecina. Trudno nadrabiać zaległości, jeśli weźmiemy pod uwagę fakt, że nie byliśmy w czołówce peletonu. Wrocław, Szczecin na początku lat 90-ych dwa ośrodki bardzo podobne do siebie, podobny punkt startu, my po prostu za późno wystartowaliśmy. Nadgonienie choćby tego miasta będzie bardzo trudne, ale to trzeba robić. Dochodzimy także do pewnej bariery w rozwoju Szczecina, związanym z dostępem do kadr. W Szczecinie kiedyś było 60 tys studentów, teraz jest ich ok. 40 tys. Pytanie – co możemy zrobić jako uczelnie oraz miasto, by tu było 100 tys. studentów? Nie ważne na jakiej uczelni. I to jest dla nas wyzwanie.

Nie obawiam się o umiejętności i mobilność studentów. To są inteligentni ludzie, którzy potrafią się dostosować, trzeba tylko stworzyć im warunki. Uczelnie muszą zmienić model kształcenia bo proces, który trwa 2-3 lata jest nie do zaakceptowania. I to się dzieje. Zapomnijmy o tym, że studia będą elitarne. Studia muszą być masowe, bo tego potrzebuje gospodarka. Pytanie tylko o jakość kształcenia. Co możemy zrobić jako uczelnia? Do procesu kształcenia „wpuszczamy” trenerów z firm. Nie jesteśmy jako uczelnia w stanie przygotować pracowników dla konkretnych firm, bo narzędzia do oprogramowania zmieniają się bardzo szybko. Takie działanie pozwala podwyższyć poziom nauczania. Kolejne pytanie, czy jesteśmy w stanie dzielić się studentem z pracodawcą w trakcie studiów? Trzeba się przyzwyczaić, że nie mamy studenta przez 5 lat. Po roku 90-ym pracodawcy czerpali szeroko z dobrze wykształconych kadr, nie chcieli z nami rozmawiać. Mieli nieograniczony dostęp do pracowników. Wejście Polski do Unii Europejskiej spowodowało przetasowanie na rynku pracy, nastąpiła swoboda przepływu pracowników, a firmy nie mają tak szerokiego wyboru pracowników. Teraz zupełnie inaczej rozmawia się z pracodawcami. W poprzednim systemie studia trwały 9 semestrów, czyli 4,5 roku, co daje 3,6 tys. godzin. W obecnym systemie mamy 5 lat (3+2), czyli 10 semestrów, ale tylko 2,4 tys. godzin. Zgubiliśmy więc tysiąc godzin nauki a wydłużyliśmy generalnie okres kształcenia. Osobną sprawą jest budżet przeznaczony na edukację.

prof. dr hab. Aneta Zelek – Rektor Zachodniopomorskiej Szkoły Biznesu w Szczecinie

Na zakończenie jeszcze trzy bon-moty. Ten rok akademicki pozwoliłam sobie rozpocząć pod szyldem takiego dylematu „kafelkarstwo czy magisterium?” Nie mam wątpliwości, że nadal „magisterium”. Rozpatrując kwestię w krótkim czasie – może się to udać, w dłuższym czasie – nie ma wyjścia, potrzebne jest magisterium i wykształcenie, tu zgadzam się z panem dziekanem. Mówicie państwo – szyld uczelni decyduje o tym, ile będziemy zarabiać i gdzie pracować w przyszłości. Gdyby to było prawdą to tylko absolwenci Harvardu mieliby pracę dobrze płatną, więc to nie jest prawda. I trzecie spostrzeżenie. Znalazłam na fejsbooku takiego oto mema – „Idiota z dyplomem to nadal idiota, tylko bardziej sfrustrowany”.

Maciej Borowy – Klaster Przemysłów Kreatywnych przy Północnej Izbie Gospodarczej

Spójrzmy racjonalnie i logicznie na problemy, ale takie było nasze założenie i taki cel tej dyskusji. Pytanie do młodych ludzi – czy uważacie, że szybciej robi się karierę w mieście, które się rozwija czy w takim, które jest rozwinięte? Otóż największe i najszybsze kariery robi się w korporacjach, które wstają, w miejscach, które się rozwijają, które mają przed sobą dużo do zbudowania. Znacie miejskie legendy i historie ludzi pracujących w Warszawie, którzy mieszkając w wynajętych mieszkaniach próbują robić tam kariery i z trudem wiążą koniec z końcem. Tego nie ma w Szczecinie. Tu jest przestrzeń do wzrostu, czego nie ma w tych miastach, które są już „przegrzane”jeśli chodzi o napływ nowych ludzi. Wielu naszych znajomych wróciło stamtąd z podkulonymi ogonami. Możemy sobie udowodnić każdą tezę, rozmawiając na dużym poziomie abstrakcji. Możemy sobie udowadniać, że studenci są świetni albo, że studenci są beznadziejni. A tak naprawdę mówimy o jakiejś wypadkowej i o pewnych jednostkach, które uwierzą w rozwój i uwierzą, że tu jest miejsce do wzrostu.

Reklamy

Kategorie: Konferencje, Spotkania, Targi